profilki

piątek, 21 lutego 2020

List do czasopisma Szkoła Polska.

Ponad sto lat temu, nauczycielka z Bychawy napisała list do czasopisma Szkoła Polska, zdając relację z działalności szkoły w naszym mieście.
Kazimiera Pieńczykowska, bo tak się nazywała, była krewną księdza proboszcza, i jeszcze za czasów cara, w tajemnicy, uczyła na plebanii bychawskie dzieci zakazanych przedmiotów, tj. języka polskiego i historii Polski.
To właśnie w jej prowizorycznej szkole dzieci otrzymywały pierwsze lekcje patriotyzmu, tu mogły poznawać przeszłość swojego kraju, który zaborcy chcieli wymazać z map i pamięci ludzkiej. Szkoła na plebanii funkcjonowała w latach 1914-1915.
Gdy rosjanie zostali wyparci, nadeszła okupacja austriacka, o tyle lżejsza, że pozwolono utworzyć polską szkołę, gdzie nauka była w języku polskim, można było też uczyć historii Polski. Również w tej nowej, już bardziej polskiej szkole pani Kazimiera Pieńczykowska uczyła historii i języka polskiego, wpajając dzieciom poczucie patriotyzmu i miłość do ojczyzny.
A jeśli jesteście ciekawi co słychać w bychawskiej szkole sprzed ponad stu lat, zapraszam do lektury.

Nr. 8 „SZKOŁA POLSKA" Str. 17. 
KORESPONDENCYE 
BYCHAWA we wrześniu. 

Wybierałam się już od dłuższego czasu napisać parę słów o naszej Bychawskiej szkole. Przedstawia się ona nader okazale co do ilości dzieci: w zeszłym roku było ich 240 w zimie, a do 11-go czerwca dochodziło 110 dzieci! Niesłychana liczba w czerwcu. Jak u nas to nadzwyczajna, nawet w porównaniu z przeszłemi latami, gdyż dawniej już w kwietniu nie było ani jednego dziecka, ale chyba tylko zawdzięczając opieszałości rodziców, gdyż zeszłoroczna liczba pokazuje ile dzieci może jeszcze znaleźć czas na naukę, jeśli wywrze się specyalny nacisk na rodziców. O stosunku ich do szkoły chciałam właśnie nadmienić parę słów. 
Tu, między rodzicami, panowało ogólne przekonanie, "że cała ta nauka w szkole, to tylko zawracanie głowy, my nie uczyliśmy się i dobrze było, a teraz płać podatki i posyłaj dzieciaka z domu, kiedy robota w polu, zakołysać małego nie ma kto itd. itd." Szczególniej chodzi im o starsze dzieci, t.j. od 12-tu, 13-tu lat. Uważają, że jeśli taka dziewczynka lub chłopiec umie czytać i jako tako sklecić list do brata w wojsku albo w Ameryce, to dosyć. Już im więcej wiedzy nie trzeba. Takie zapatrywania właśnie tworzą młodzież bezmyślną i głupią. Nie pomagały żadne interwencye ani przekonania co do uczenia starszych. Dobrze jednak, że pod tą rubrykę nie wszystkich wciągnąć trzeba. Są wyjątki. W tym roku szczególniej daje się zauważyć wielki postęp w kierunku uznania potrzeby nauki. 
Pchają nam dzieciaki całą masą i już prawie li tylko ze szczerej chęci "przeucenia" dzieciaka, a nie pro antiquo modo. Jedna biedna wyrobnica ze dworu prosiła, aby pozwolić jej dziewczynce na zwłokę dwumiesięczną od przeznaczonego terminu rozpoczęcia lekcyi. Biedna kobieta zapewniała nas o swojej nędzy, i o tem że pomoc jej córki (12 lat), która jest już w służbie, jest niezbędną dla względnej gzystencyj. Zgodziliśmy się, ale pod warunkiem, że dziewczynka będzie musiała wypełnić to, czego nie nauczy się podczas swej nieobectości w szkole. Kobieta po chwili namysłu odrzekła: "a to niechta, odbiorę jq ze służby, niech jada dwa razy na dzień, ale niech się uczy, aby nie była taka ślepa, jak jej rodziec". 
To jest jeden przykład o którym wiemy, a ile to cichych dramatów odbywa się po chałupach i barakach folwarcznych, gdzie matka uszczupli w strawie i sobie, i mężowi, i młodszym dzieciom, aby dzieciaka chodzącego do szkoły "godnie" przybrać i kupić mu konieczne ksiażki. Jednem słowem idzie u nas na lepsze, lud garnie się do oświaty. Najlepiej odczuwamy to, patrząc jak dzieciaki po 7-ro, gnieżdżą się formalnie w ławce i salka średnich rozmiarów musi pomieścić od 70-ciu do 90-ciu dzieci. Broń Boże usunąć które z powodu braku miejsca: płacz ze strony matki i dziecka, prośby, czasem nawet lekkie impertynencye, i "dla świętego spokoju" ustępujemy, wprawdzie kosztem własnego zdrowia, bo oddychać powietrzem naszych pokoi szkolnych przez 9 miesięcy nie mógłby pierwszy lepszy profan. 
Odwrotna strona medalu pieczołowitości rodzicielskiej: z chwilą oddania dzieciaka do sokoły, ustaje wszelka troską i zainteresowanie się: co ono robi w szkole, jak się uczy, czy robi postępy, czy lekcye zadane odrabia, czy zawsze czyste idzie do szkoły itd. W pracy naszej ta właśnie bierność rodziców daje się nam bardzo we znaki; nieraz najusilniejsze starania nasze co do wyrugowania wad w dziecku, przestrzeganie używać brzydkich wyrazów i przekleństw, rozbija się o twardą skałę opieszałości rodzicielskiej i braku nadzoru nad dziećmi w domu. 
Szkoła powinna, między innemi, kształcić też i charakter dziecka, a spotykając się z wprost przeciwnemi głoszonym w szkole zasadom — jest bezsilna. 
W celu nawiązania ścisłego kontaktu rodziców ze szkołą, postanowiliśmy zapraszać ich co 3 lub 4 tygodnie na wspólne gawędy o wychowaniu dzieci. W tą niedzielę mamy właśnie takie pierwsze zebranie. Czy przyjdą, i jak przyjmą nasze przemówienie?... 
                                                                                                                                                                              Kazimiera Pińczykowska. 

niedziela, 2 lutego 2020

76. rocznica bitwy pod Marysinem

2 lutego 1944 r. cześć żołnierzy z oddziału 621 ds. zrzutów ppor. Aleksandra Sarkisowa "Szarugi", pod dowództwem pchor. Apolinarego Repsa ps. Żegota, wędrowała w kierunku Łęcznej, gdzie pod Kijanami wyznaczone było miejsce kolejnego zrzutu.
Ze względu na trudne warunki pogodowe i zmęczenie zatrzymali się w Marysinie na nocleg. Tam zaskoczyło ich niemieckie wojsko. Zaczęła się strzelanina, w wyniku której zginęło kilkunastu partyzantów, wielu zostało rannych, oddział musiał się wycofać.
Mieszkańcy Marysina zostali dotknięci represjami za udzielenie schronienia partyzantom.

 W 1991 roku w Marysinie odsłonięto obelisk upamiętniający tamte wydarzenia - na uroczystości byli obecni żołnierze "Szarugi" i sam Aleksander Sarkisow.

O godzinie 12.30 dnia 02.02.2020 w kościele parafialnym pod wezwaniem Świętego Stanisława Biskupa Męczennika przy ul. Zbożowej w Lublinie odprawiona została msza święta w intencji ofiar bitwy, uczniowie Szkoły Podstawowej w Snopkowie przygotowali cześć artystyczną.
Uczestnicy uroczystości udali się pod pomnik w Marysinie w celu złożenia wiązanek oraz zapalenia zniczy. Delegacje biorące udział: Poseł na Sejm RP ziemi lubelskiej Przemysław Czarnek z rodziną, przedstawiciele władz wojewódzkich, miasta Lublina, gminy Jastków, kombatantów, harcerzy, Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Związku Piłsudczyków, Związku Strzeleckiego, Związku Oficerów Rezerwy RP, Stowarzyszenia Odra-Niemen i inni..

Dziękujemy za zaproszenie.






















środa, 15 stycznia 2020

Wrześniowe lotnisko polowe w Woli Gałęzowskiej

Po zajęciu Czechosłowacji przez wojska niemieckie i utworzeniu Protektoratu Czech i Moraw w marcu 1939 r., czescy żołnierze i piloci, którzy nie pogodzili się z porażką, masowo przedostawali się przez nieuszczelnioną jeszcze granicę na terytorium Polski. Niektórzy przylatywali na pokładzie swoich samolotów, jak np. 7 czerwca 1939 r. - 8 lotników służących w 64 Eskadrze 3 Pułku Lotniczego w 4 samolotach. Większość czeskich pilotów i mechaników udała się do Francji, aby tam walczyć z Niemcami. Natomiast ok. 190 pozostało w Polsce. 1 sierpnia wcielono ich do polskich oddziałów i skierowano na przeszkolenie w Centrum Wyszkolenia Lotniczego Nr 1 w Dęblinie. Kilku Czechów przydzielono do Eskadry Ćwiczebnej Obserwatorów Szkoły Podchorążych Lotnictwa pod dowództwem kpt. pil. Jana Hryniewicza, w której zapoznawali się z typami samolotów używanymi w polskim lotnictwie. Po ogłoszeniu mobilizacji przez polski rząd w szeregi lotnictwa wcielono 93 lotników czechosłowackich, a dalszych 97 oczekiwało na przydział w ośrodkach w Bronowicach Małych koło Krakowa i Leśnej.

Czechosłowacka Eskadra Rozpoznawcza organizowała się 4 września na lotnisku polowym w Górze Puławskiej. Jej dowódcą mianowano kapitana sztabowego pilota Bohumila Liske. Oficerem łącznikowym został por. obs. Alfons A.S. Nowak z Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa nr 1. W czasie bombardowania lotniska dęblińskiego został ranny kpt. pil. Bohumil Liska. Ze względu na odniesione rany eskadrą faktycznie dowodził por. obs. A. Nowak. Eskadra oprócz zadań bliskiego rozpoznania wykonywała loty łącznikowe i kurierskie. Po uformowaniu się eskadry w jej składzie znalazło się ośmiu lotników: kpr. pil. Imrich Gablech, plut. mech. Frantisek Knotek, kpr. pil. Josef Kana, kpr. mech. Josef Rehak, kpr. pil. Josef Lazar i st. szer. Karol Walach , którzy przylecieli wcześniej na swych samolotach, oraz 13 przeszkolonych lotników: sierżanci piloci: J. Vekal, J. Mokrejs, V. Murcek, K. Richter, V. Smrcka, plutonowi piloci: J. Dobrovolny, D. Kestrel, Josef Frantisek, T. Motycka, M. Pavlovic, Z. Skarvada oraz kaprale piloci: J. Alenka, J. Vychnis.
Stan eskadry wynosił około 60 osób personelu latającego oraz odpowiednią liczbę członków obsługi naziemnej. Eskadrze przydzielono dziesięć samolotów liniowych Potez XXV-A2 i trzy szkolno-turystyczne RWD-8.


Kolejne miejsca lądowania części eskadry to lądowisko położone między wsiami Kierz i Zagórze obok Bełżyc. Na nim, po przymusowym lądowaniu z braku benzyny, w nocy spędzonej przy samolocie, 8 września zginął plut. obs. Vaclav Pesicka, omyłkowo zastrzelony przez policjanta przekonanego, że strzela do niemieckiego spadochroniarza. 
Rozkaz przełożonych z 7 września spowodował przemieszczenie eskadry na lądowisko w Woli Gałęzowskiej na południe od Bychawy. Z niego prawie przez sześć dni piloci i obserwatorzy wykonywali zadania rozpoznania wojsk niemieckich na korzyść Armii „Lublin” i 10 Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej pułkownika Stefana Roweckiego oraz dostarczali rozkazy do jednostek i związków taktycznych.
Intensywność działań bojowych spowodowała dużą niesprawność samolotów. Porucznik Nowak meldował o utrudnieniach kpt. dypl. Ryszardowi Referowskiemu, który wysłał na lądowisko dwudziestoosobowy zespół techniczny. 
Ppor. tech. Tadeusz Hajduczek, dowódca grupy technicznej, po usprawnieniu maszyn 11 i 12 września dostał kolejne zadanie przemieszczenia się na lądowisko Wojnica położone blisko Włodzimierza Wołyńskiego. Udało mu się dotrzeć tylko w okolice Zamościa i został zmuszony zawrócić w stronę Piask Luterskich. 
Eskadra z grupą techniczną nigdy więcej się nie spotkały. 
Strategiczne położenie wojsk polskich znacznie się pogorszyło, gdy wojska niemieckie przekroczyły środkową Wisłę. Intensywne działanie lotnictwa niemieckiego stworzyło silne zagrożenie dla eskadry. 
Sytuacja ta spowodowała, że wieczorem 12 września por. obs. A. Nowak otrzymał rozkaz jej przemieszczenia na kolejne lądowisko – Kiwerce koło Kowla. 


Start nastąpił o 4.30 w nocy w gęstej mgle samolotami nieprzystosowanymi do lotów w takich warunkach. Nic więc dziwnego, że w jego trakcie załogi pogubiły się; jedni lądowali przymusowo, uszkadzając trzy samoloty, inni na lotniskach polowych w Postupelu, Wydrzyńcach, Łucku i Krymnie. Na szczęście nikt nie zginął. 

Podczas podchodzenia do lądowania samolot Potez XXV w Łucku, pilotowany przez sierż. pil. Vilema Murcka, został ostrzelany przez naszą OPL. Pilot lekko rany wylądował na lotnisku. 
Por. obs. A. Nowak wraz z st. sierż. Ladislavem Bobkiem wylądowali w pobliżu stacji kolejowej obok Krymna. Z miejscowości tej porucznik Nowak wyjechał pociągiem do Kowla po dalsze rozkazy. Po powrocie załogi trzech uszkodzonych samolotów wysłał pociągiem do Kowla. 
15 września, gdy warunki atmosferyczne poprawiły się, por. A. Nowak wraz z pilotem L. Bobkiem samolotem Potez XXV przelecieli na lotnisko Kiwierce w pobliżu Kowla, gdzie w Komendzie Garnizonu st. sierż. Ladislav Bobek otrzymał zaświadczenie o służbie w lotnictwie polskim. 
Kilka sprawnych samolotów eskadry wykonało wiele wylotów rozpoznawczych na rzecz dowódcy obrony Łucka gen. bryg. Piotra Skuratowicza, któremu eskadra została podporządkowana. 
17 września przeleciała ona na lotnisko polowe pod Tarnopolem. 21 września podczas przymusowego lądowania został ranny porucznik Josef Schnal. 
Tymczasem Armia Czerwona zablokowała drogi do Rumunii, a piloci czechosłowaccy nie zamierzali wojować z Rosjanami. 22 września 1939 roku Czechosłowacka Eskadra Rozpoznawcza zakończyła swe działania bojowe w Tarnopolu i została internowana przez Rosjan. 
Kilku pilotów polskich i część personelu technicznego, wraz z por. obs. A. Nowakiem, podjęło decyzję, aby przedostać się do Rumunii.

Samoloty nie posiadały uzbrojenia, więc zdarzało się że zabierano na pokład granaty, i zrzucając je atakowano pozycje wroga.
Eskadra w okresie swego istnienia od 4 do 22 września wykonała około 400 lotów bojowych na rzecz wojsk polskich.
Po internowaniu w Rumuni, większość Czechów przedostała się na zachód, aby kontynuować walkę. 
Plutonowy Josef Frantisek walczył póżniej w polskim Dywizjonie 303 w Bitwie o Anglię.
Dzięki swojej skuteczności w walce kilkakrotnie otrzymał propozycję przejścia z Dywizjonu 303 do jednego z czechosłowackich dywizjonów lotniczych działających na terenie Wielkiej Brytanii. František konsekwentnie odmawiał jednak, odpowiadając, że jest Polakiem.


wtorek, 3 grudnia 2019

Mieszkańcy Bychawy i okolic w armii carskiej.

Na stronie Lubelskiego Towarzystwa Genealogicznego (http://poborowi.ltg.pl/baza-rekrutow/) znajduje się lista rekrutów do armii carskiej.

Znalazłam tam całkiem sporo rekordów z naszej okolicy, które prezentuję poniżej.

Ja osobiście szukam tam pradziadka i wuja prababci, jak dotąd bez skutku, ale jeszcze nie wszystkie spisy są zdigitalizowane, więc nie tracę nadziei. Warto tam co jakiś czas zaglądać, pojawiają się nowe wpisy.
Celem wprowadzenia, krótki opis jak wyglądał pobór za cara:

Pobór w Rosji odbywał się na podstawie ukazów cara Piotra I zapoczątkowanych w 1700 roku a zakończonych w 1705 ustawą o poborze. W wyniku tych reform dokonano całkowitej reorganizacji rosyjskiej armii. System ten istniał aż do drugiej połowy XIXw. Wzorował się on na polskim systemie wypraw dymowych oraz szwedzkim indelningsververket - czyli tak zwanym selektywnym powszechnym poborze. W Polsce obowiązywał on tylko poddanych dóbr królewskich, w Szwecji całości mieszkańców. W Rosji ustawa z 1705 roku określała, że szeregi armii będą uzupełniane przez rekrutów wydzielanych na zasadzie powołania zależnie od potrzeby po jednym z 10 - 20 zagród chłopskich. Wcielani oni byli do piechoty, dragonii i częściowo jazdy regularnej początkowo - później objęto to całość regularnych sił zbrojnych.
Kadrę dowódczą, przynajmniej tę z niższego szczebla tworzono ze szlachty, szkolonej w szkołach utworzonych przez Piotra I.
W przeciwieństwie do systemu polskiego był on:
    1) wyłącznym systemem uzupełniania wojsk regularnych, obowiązującym stale;
    2) żołnierz powoływany był do służby dożywotniej;
    3) koszty jego wyposażenia i utrzymania ponosiło państwo.
Na miejsce żołnierza zabitego, zmarłego lub zbiega (dezertera) dana liczba zagród, z której go wybrano, obowiązana była dostarczyć następnego rekruta.
Rekrutów gromadzono w partie i stawiano przed specjalną komisją. Pobory ogłaszała rada senatu, nieraz kilkakrotnie w ciągu roku.
Służbę wojskowa z dożywotniej na 25 letnią zmieniono w 1793 roku. Oprócz poborów związanych z określoną ilością dymów (gospodarstw), prowadzono pobory związane z ilością mieszkańców tzw. "dusz".
To też często zdarzało się, że w ramach potrzeb przeprowadzano pobór 2, 4, 8 ludzi z każdych np. 500 dusz. W 1831 roku ustawą wprowadzono możliwość zwolnienia żołnierza po 15 latach "nieskazitelnej służby", ale rzadko stosowano to w praktyce.
Generalnie pobór przebiegał następująco: Powinien obejmować wszystkich mieszkańców dóbr zarówno państwowych jak i prywatnych. Przy czym szlachta, kupcy, inteligencja, mieszczaństwo byli w zależności od okresu bądź całkowicie z niego zwolnieni, bądź też dawali zastępców. W zależności od poboru szlachta w swoich dobrach, władze gminne w państwowych wyznaczały dowolnie rekrutów spośród mieszkańców płci męskiej w wieku od 20 do 35 lat, zabierały ich przemocą i stawiały przed komisją poborową, która badała ich przydatność pod względem zdrowotnym.
Służba trwała lat 25, a człowiek opuszczał swoją wieś z reguły na zawsze. Szlachta nie chciała się zgodzić na skrócenie służby, ponieważ odrywałoby to jej poddanych od pracy na roli w najbardziej produktywnym młodym wieku.
Cały ten proceder był powszechnie znienawidzony, a prowadzony zbyt często powodował bunty chłopskie. Dlatego prowadzono go nie periodycznie (dotyczy to XIX wieku), ale dopiero wtedy, gdy braki w oddziałach w wyniku śmiertelności czy też dezercji stawały się zbyt wielkie. A ile one wynosiły? Rosyjskie dane podają, że w wyniku poboru z dnia 19 lutego 1831 roku rozpisanego na pobór 2 rekrutów z 500 dusz, wyniósł on 48 tys. poborowych. 
W 1831 roku ustawą poborową podzielono kraj na dwie części wschodnia i zachodnią. Pobory zaczęto przeprowadzać naprzemiennie w zachodniej i wschodniej części. W "zwykłe lata" pobór obejmował do 7 rekrutów z 1000 mieszkańców, w lata "wzmocnione" od 7 do 10 osób, natomiast w lata "nadzwyczajne" (wojny) powyżej 10 osób z 1000 obywateli. Przy ówczesnym ludzkim rezerwuarze Rosji 6,5 miliona poborowych pobory roczne wynosiły około 45 000 ludzi rocznie w zwykłe lata i ponad 65 000 w lata nadzwyczajne.
Okres służby wojskowej od 1834 roku został skrócony z 25 lat do 20 lata (w gwardii z 22 do 20 lat), po zakończeniu, których żołnierze byli zwalniani na 5 lat w "бессрочный отпуск". 
Ci żołnierze ponownie mogli być powoływani w przypadku najwyższej konieczności. Od 1839 roku służba wynosiła 19 lat. Od 1854 roku służba wynosiła 15 lat.
W 1859 r. ukazała się Ustawa o powinności zaciągowej, która precyzowała wszelkie obowiązki administracji cywilnej wszystkich szczebli i wojskowych służb wyspecjalizowanych związane ze spisem i poborem. Ustawa bardzo dokładnie określała zasady przebiegu losowania, dbała by do wojska wcielani byli wyłącznie mężczyźni, którzy nie założyli rodziny, rozszerzała instytucje zastępstwa przez wprowadzenie zastępstwa rządowego oraz dawała możliwość wykupu. Ustawa wyłączała od poboru szlachtę rosyjską osiedloną w Królestwie po 1836 r., polską szlachtę dziedziczną, która nabyła szlachectwo na podstawie ukazu z 1836 r., szlachtę dziedziczną dawniejszą, przez 10 lat pełniącą służbę cywilną, duchownych wszystkich wyznań, służbę kościelną przy cerkwiach, cudzoziemców, mennonitów i braci morawskich oraz żydów, którzy przyjęli religię chrześcijańską przed ogłoszeniem poboru.
Zwolnienie od poboru na czas pełnienia funkcji bądź pracy zawodowej przysługiwało m.in. urzędnikom, lekarzom, przedstawicielom wolnych zawodów, a także rabinom zatwierdzanym przez rząd oraz żydom-rolnikom.
Wydawane w następnych latach manifesty carskie w zasadzie podtrzymywały postanowienia ustawy z tą zmianą, iż całkowity wykup od służby wojskowej można było uzyskać wpłacając do kasy gubernialnej kwotę 1 tys. rubli. W 1874 r. ustawą z 13 stycznia wojsko carskie zostało zreformowane, wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej niezależnie od stanu i wyznania.
Zostali nim objęci wszyscy mężczyźni, którzy ukończyli 21 lat. Służba trwała w wojskach lądowych sześć lat, a w marynarce siedem, zwolnieni od niej byli jedynacy, pracownicy kolei oraz synowie, których ojciec zginął w walkach z powstańcami w okresie powstania styczniowego.
Ponieważ liczba poborowych nawet po zwolnieniach była większa niż potrzeby armii, dlatego organizowano losowanie i do wojska szli tylko ci, którzy wyciągnęli los.
W latach 1832-1873 do wojska rosyjskiego wcielono blisko 309 tys. poborowych z Królestwa Polskiego, z których ok. 75% zmarło. Tak wysoka śmiertelność wynikała przede wszystkim z powodu fatalnych warunków służby. Z kolei ok. 13% pozostało w Rosji, a tylko 12% wróciło do kraju.


sobota, 23 listopada 2019

Wincenty Jankowski z Józwowa - zamordowany przez oddział "Cienia" z AL

Zgodnie z obietnicą, opowieści o grobowcu Kowerskich ciąg dalszy.
Chciałabym przybliżyć wam postać Wincentego Jankowskiego, ostatniego właściciela majątku Józwów. 

Jak głosi miejscowa legenda, Wincenty Jankowski należał do Armii Krajowej, a z całą pewnością brał udział w tajnej organizacji "Tarcza", "Uprawa", która powstała w roku 1940 i wspierała finansowo i materialnie najpierw ZWZ, a następnie AK. 

Na potwierdzenie przytoczę treść listu Stefana Dembego opublikowanego w „Biuletynie Ziemiańskim PTZ” nr 2/6, który napisał co następuje: „Wincenty Jankowski i Józef Ubogorski  zamordowani 23.02.1944 r. w majątku Józwów koło Bychawy przez bandę AL »Cienia« (»Przepiórki«) nie byli członkami AK, oczywiście sympatyzując i udzielając wsparcia AK, natomiast mój wuj (W. Jankowski) był członkiem »Uprawy« i łożył duże sumy i pomoc rzeczową za pośrednictwem pana Kochanowskiego z majątku Łopiennik”.

Już we wrześniu 1939 r. dwory szły z pomocą uchodźcom najpierw z zachodu, a później ze wschodu. Zaraz po wkroczeniu Niemców ukrywały oficerów, którzy uniknęli niewoli i pomagały przedzierającym się na Węgry.  W pierwszych latach okupacji do podopiecznych dworów dochodzili wysiedleńcy z zachodu i rodziny wojskowych, a później ukrywający się przed aresztowaniem lub wywózką na przymusowe roboty do Niemiec. Należy dodać, że wszyscy ukrywający się mieli we dworach zapewniony nie tylko dach nad głową i wyżywienie, ale również najczęściej fikcyjne zatrudnienie, chroniące od wywózki na roboty. Później dochodzili do tego Żydzi, rekonwalescenci z obozów i więzień oraz coraz częściej chorzy, ranni i urlopowani partyzanci. W miarę powstawania oddziałów leśnych AK, rozwijała się szeroko pojęta współpraca, a przede wszystkim zaopatrywanie w żywność, obrok dla koni i w miarę potrzeby podwody. W części dworów było organizowane tajne nauczanie, kursy sanitarne oraz punkty gromadzenia leków i środków opatrunkowych. Były również działania o charakterze bardziej lokalnym, jak przykładowo pomoc krakowskim profesorom, akcja „Dzieci Zamojszczyzny” i wiele innych.
Uczestnikami organizacji "Uprawa" byli głównie ziemianie, a dokładniej biorąc właściciele i dzierżawcy majątków ziemskich oraz pewna liczba właścicieli zakładów przemysłowych*. Szacuje się, że „Uprawa” skupiała co najmniej 90% ziemian w granicach Generalnej Guberni, z których znaczna część należała równolegle do ZWZ/AK. 

Struktura organizacyjna „Uprawy” obejmowała kierownictwo w Warszawie, które sprawował jednoosobowo Roman Lasocki ps. „Prezes”, oraz przedstawicieli okręgowych działających na obszarach odpowiadających zasadniczo okręgom AK. Roman Lasocki utrzymywał kontakty z KG AK przez wyznaczonego do współpracy szefa Oddziału IV KG AK (Kwatermistrzostwo) płk. dypl. Zygmunta Makowskiego ps. „Denhoff”. Przedstawiciele okręgów współdziałali z komendantami okręgów AK, natomiast wyznaczeni przez przedstawicieli okręgowych przedstawiciele terenowi, w liczbie 6–10 na okręg, współdziałali z komendantami inspektoratów i obwodów AK. Przedstawiciele terenowi kontaktowali się bezpośrednio z ziemianami uczestniczącymi w „Uprawie” w majątkach przydzielonych przez przedstawiciela okręgowego. Wszystkich uczestników „Uprawy” obowiązywała przysięga, tzw. „system trójkowy”. Polegał on na tym, że jeden uczestnik mógł kontaktować się najwyżej z dwoma kolejnymi. O skuteczności konspiracyjnej świadczy fakt, że, „Uprawa” jako taka nigdy nie została rozpracowana, nie tylko przez Gestapo, ale również przez NKWD, SMIERSZ i rodzimą „Bezpiekę”.

W wielkim skrócie - Wincenty Jankowski był cichym bohaterem i wielkim patriotą, który pozostając w cieniu, łożył ogromne sumy na działalność zbrojną podziemia. Oprócz tego, służył wszelką pomocą oddziałom NSZ i AK operującym w okolicach Bychawy.

23 lutego na jego majątek Józwów napadł oddział Armii Ludowej dowodzony Bolesława Kaźmieraka "Cienia".
Na terenie Lubelszczyzny, tak jak w całym kraju, partyzantka AL nie była ani liczna, ani dobrze wyszkolona. Składała się głównie z synów wiejskiego proletariatu, często z kryminalną przeszłością w II RP, którzy dzięki wojennej zawierusze chcieli powiększyć swój stan posiadania.
Dowodzili nimi ludzie o równie niskim poziomie moralnym, i nie inaczej było w przypadku "Cienia".
Był to znany w okolicy bandyta, lista jego przestępstw jest długa. Pochodził z Zakrzówka, wsi sprzyjającej raczej AK, na którą z upodobaniem regularnie napadał.
Oto fragmenty raportów podziemia:
„W dniu 18.II.44 o godz. 16 weszła do Zakrzówka banda [PPR] licząca 200 osób. Rabowali po domach, a lepsze obuwie i odzież zdzierali z ludzi na ulicach. Na zapytanie poszkodowanych, dlaczego tak robią, odpowiedzieli „my za was giniemy”. Z apteki zabrali sporo medykamentów”.
         "29 lutego 1944 r. porwał miejscowego lekarza Jana Kołtuna 
         i farmaceutę Bronisława Górnickiego (obaj byli powiązani
         z AK). Mieszkańcy Zakrzówka wykupili zakładników od 
         cieniowców za 100 tys. zł."

Czego chciał "Cień" od Jankowskiego?
Rabowanie dworów przez oddziały AL było nagminne, a ten dwór był szczególny, był przystanią dla okolicznych oddziałów zarówno Armii Krajowej, jak i NSZ.
W wielu przypadkach napady organizowane przez Armię Ludową miały na celu zastraszenie ziemian i całkowite wyniszczenie majątków.

Konstanty Roztworowski tak we wspomnieniach opisuje napad na dwór swojego wuja, Wincentego Jankowskiego:
[...] dwór został otoczony przez oddział Armii Ludowej. Dowódca, „Przepiórka”, kazał zgromadzić się rodzinie i domownikom w salonie. Najpierw bili rządcę kawałkami nóg od krzeseł. [...] o północy rozbili mu czaszkę i z tą chwila wyzionął ducha. Następnie zabrali wuja. Powtórzyła się ta sama operacja. Zginął on pod razami uderzeń około trzeciej nad ranem. To wszystko musiała oglądać ciocia, jej dzieci i domownicy. [...] 
Rządca majątku nazywał się Józef Ubogórski, był wtajemniczony w sprawy organizacji "Uprawa" i współdziałał z Wincentym Jankowskim w zakresie organizowania pomocy dla oddziałów partyzanckich.
Bandyci "Cienia" uprowadzili też, a potem zastrzelili jednego z fornali wcześniej doszczętnie rabując majątek.

Zachowała się także relacja partyzantów "Nerwy": Jana Onoszko "Jacyna" i Czesława Linkowskiego "Tom I":
"Przełom stycznia – lutego 1944 r. W trakcie wykonywania zadania polegającego na ochronie narady dowódców A.K. oddział poderwany zostaje do alarmu z powodu napadu bandyckiego na majątek Józwów. Po przybyciu na miejsce stwierdzamy, że właściciel domu /akowiec/ został zabity. Z relacji żony zabitego dowiadujemy się, że mordu dokonał przy pomocy nogi od krzesła „Cień” z A.L.-u żądając wydania mu broni. W mieszkaniu widać ślady rabunku i zniszczeń /rozbity fortepian/ oraz libacji. Pomoc była spóźniona, próbowaliśmy zrobić zasadzkę na „Cienia”, ale nie pokazał się w okolicy. Byliśmy świadkami mordu bratobójczego, mordów takich dopuścił się „Cień” kilku. Po wielu latach jeden z dowódców AL. pisał na lamach gazety wrocławskiej, że władze AL rozważały możliwość rozwiązania oddziału „Cienia” jako bandyckiego, ale do tego nie doszło."

Po tej tragedii rodzina opuściła majątek, jak wielu innych lubelskich ziemian, bojąc się o swoje życie.
Opustoszały dwór aż do lipca 1944 był bazą partyzantów "Szarugi".

Wincenty Jankowski i jego rządca Józef Ubogórski zostali pochowani na bychawskim cmentarzu.

Po wojnie Tadeusz Bór-Komorowski jednoznacznie ocenił zasługi "Uprawy": Gdyby nie "Uprawa" – "Tarcza" Armia Krajowa nie mogłaby była spełnić wielu swoich zasadniczych zadań [...] opieka "Tarczy" uchroniła od głodu, demoralizacji i rabunku wiele oddziałów partyzanckich powstających jak grzyby po deszczu po 1943 roku.

Przechodząc cmentarną aleją wspomnijcie czasem o panu Jankowskim i panu Ubogórskim. 

Bychawa ma wielu bohaterów, a oni bez wątpienia się do nich zaliczają.
Przez całą okupację organizowali pomoc dla podziemia niepodległościowego, zarówno materialną jak i finansową, za co zginęli z rąk oprawców z Armii Ludowej.

Gdybyście chcieli się dowiedzieć więcej o zbrodniach Kaźmieraka "Cienia", zostawiam link do ciekawego artykułu: 

piątek, 15 listopada 2019

O życiu w Bychawie podczas okupacji opowiada pani Józefa Seliga.

O życiu codziennym podczas okupacji, niemieckim zbrodniarzu Tomke, jego ukraińskich pomocnikach oraz zagładzie bychawskich żydów opowiada pani Józefa Seliga, która wtedy była 12-letnią dziewczynką. 
Na mnie ta opowieść wywarła ogromne wrażenie. Warto obejrzeć.



Film dostępny dzięki uprzejmości Jeff and Toby Herr Foundation https://collections.ushmm.org/search/catalog/irn510372
:

czwartek, 14 listopada 2019

Legionista Krzysztof Antoni Kowerski. Obrońca Polskiego Lwowa.

Przechodzicie koło niego często, pewnie nawet nie zastanawiając się, kto w nim spoczywa.
Może nawet zauważyliście przy okazji Święta Wszystkich Świętych, że popadł w ruinę, że coraz więcej tynku odpada, ale poszliście dalej, wzruszając ramionami, w końcu jest stary i mało kto pamięta ludzi, których imiona i nazwiska wyryte są na skromnej, cementowej tablicy.


Dlatego postanowiłam napisać ten artykuł – żebyście pamiętali, że w tym grobowcu, oprócz ludzi bardzo zasłużonych dla regionu, spoczywa dwóch patriotów, którzy za Polskę oddali życie

Dziś będzie o pierwszym z nich, bo doszłam do wniosku że obaj zasługują na osobne wpisy.
Czy wiecie, że w tym starym, zapomnianym grobowcu Kowerskich spoczywa legionista Krzysztof Kowerski, służący w słynnym pułku Ułanów Krechowieckich, który zginął broniąc przed ukraińcami polskiego Lwowa?

Legionista Krzysztof Antoni Kowerski.


Urodził się w 20 lipca 1898 r. w Józwowie jako pierworodny syn Stanisława Józefa Kamila Kowerskiego herbu Białynia i Marii Popiel.

Wcześnie został osierocony przez matkę, początkowo Krzysztofa i jego młodszego brata Grzegorza wychowywała babka ze strony ojca, Zofia z Przewłockich Kowerską.
Wkrótce ojciec Krzysztofa ożenił się powtórnie z Marią z Horodyńskich, i to ona zajęła się wychowaniem chłopców. Jako ciekawostkę podam fakt, że z tego związku narodził się Andrzej Kowerski, przyrodni brat Krzysztofa i Grzegorza, późniejszy agent Jej Królewskiej Mości.
Krzysztof uczył się w Szkole Lubelskiej od 3 września 1915 roku do 1917 roku (matura). Jak wielu uczniów tej szkoły należał do drużyny harcerskiej i działał w tajnej organizacji wojskowej. W 1917 r. podjął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Krzysztof we wspomnieniach rodziny był chłopcem delikatnym, bardzo lubianym w towarzystwie, zdolnym i pracowitym. Był bardzo rodzinny, szczególnie ciepłe stosunki łączyły go z babką ze strony matki, Marią z Zamoyskich Pawłową.
Jednak zawsze na pierwszym miejscu była Ojczyzna.
W chwili wybuchu wojny polsko-bolszewickiej młodzież szkolna i akademicka ponownie zasiliła szeregi wojska.
Krzysztof Kowerski na początku 1920 r. zgłosił się na ochotnika na front i dostał przydział do szwadronu karabinów maszynowych 1. Pułku Ułanów Krechowieckich.
Pułk, w którym służył, od grudnia 1918 r. do sierpnia 1919 r. brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, wsławiając się w obronie Gródka Jagiellońskiego, umożliwiając tym samym odsiecz Lwowa. Pułk przybrał nazwę I Pułku Ułanów Krechowieckich im. Pułkownika Bolesława Mościckiego w kwietniu 1919 r., zatem tuż po śmierci Krzysztofa Kowerskiego.
Waleczność żołnierzy tego pułku doceniona została przez dowództwo naczelne Wojsk Polskich. Przypuszczalnie jeszcze przed śmiercią Krzysztofa dotarł na front Rozkaz Nr Szt. Gen.109 W-wa z dnia 19 marca 1919 r., podpisany przez Józefa Piłsudskiego, w którym dziękuje on oficerom i żołnierzom za męstwo na polu walki.
Od dnia 20 marca 1919 r. polska kontrofensywa gen. Wacława Iwaszkiewicza przełamywała front ukraiński, przywracając łączność ze Lwowem. Generał Iwaszkiewicz dowodził od 14 marca 1919 r. siłami wojsk rzuconych na ratunek oblężonego przez Ukraińców Lwowa.
21 marca 1919 r. Ukraińcy atakowali wieś Wiekopole, pomiędzy Janowem a Mszaną.
Przed świtem szwadron, w którym służył Krzysztof Kowerski musiał ustawić na odsłoniętym wzgórzu karabin maszynowy, którego ogień dałby osłonę podczas wyprowadzania Polskiego kontrataku. Do wykonania tego zadania zgłosili się: plutonowy Józef Dębiński, Izydor Kwieciński, Jan Strzyż, Krzysztof Kowerski i Bolesław Jazgar.
Ukraińcy silnym ogniem uniemożliwiali ustawienie karabinu. Pierwszy skoczył plutonowy Dębiński, lecz ledwo zaczął ustawiać karabin, gdy dosięgła go ukraińska kula. Skończyć zadanie usiłowali kolejno Kwieciński i Strzyż, lecz oni również padli ranni. Strzyż chcąc ostrzec Kowerskiego, krzyczał do niego: „Padnij, tam śmierć!”,
jednak Krzysztof postanowił dokończyć zadanie. Udało mu się doskoczyć do karabinu, zdołał go ustawić i puścić pierwszą serię, gdy i jego dosięgła kula. Otrzymał postrzał w głowę i osunął się na ziemię. Zadanie ostatecznie wykonał ostatni z piątki, Jazgar, któremu udało się szczęsliwie dobiec do karabinu. Natychmiast zaczął ostrzeliwać pozycje ukraińców..
Wtedy porucznik Karol Żeleński mógł wreszcie poderwać naszych żołnierzy do ataku.
W wyniku tego kontruderzenia Ukraińcy zostali odparci, jednak dopiero w południe udało się zabrać rannych z pola bitwy.
Krzysztof Kowerski żył jeszcze kilkanaście godzin, zmarł w wyniku odniesionej rany w szpitalu polowym w Gródku Jagiellońskim.
Jego zwłoki z honorami wojskowymi przeprowadzono 24 marca 1919r na kolej, celem przewiezienia do grobu rodzinnego w Bychawie.
W „Ziemi Lubelskiej” z 19 kwietnia 1919 r. ukazał się jego nekrolog Kowerskiego.


W zasobach Biblioteki Narodowej w Warszawie zachowało się  Wspomnienie pośmiertne, wydane nakładem rodziny w Krakowie w dniu 29 marca 1919 r.

Większość informacji w powyższym wpisie pochodzi właśnie z tego opracowania.
Poniżej skany tej książeczki.